piątek, 30 marca 2012

W pracowni...

... powstają różne ceramiczne cuda:




 Można też samemu spróbować.
W tym celu należy dobrze wyrobić glinę...

Potem można toczyć na kole...




..... albo dowolnie lepić:




Następny krok to przyozdabianie szkliwem....


... i po wypaleniu można cieszyć się z osiągniętych rezultatów





Wczoraj tylko podglądałam, ale chyba muszę się w to pod okiem Zosi pobawić!

piątek, 9 marca 2012

Bella zwana Belcią

Mijają właśnie trzy lata od chwili, kiedy trafiła do nas z Palucha. Miała to szczęście, że opiekowali się nią wolontariusze współpracujący z Fundacją "Przytul Psa"  (http://www.przytulpsa.pl/) ,  i dzięki temu mogłam znaleźć jej zdjęcia na stronie http://www.psy.warszawa.pl/.  Inaczej pewnie trudno było by mi wybrać psiaka spośród tej błagającej o miłość gromady....
Kiedy ją -dzięki pomocy Pani Wiesi, która zawiozła nas do domu i przy okazji zrobiła te zdjęcia - zabierałam z Palucha  wyglądała tak:


Ale już po pierwszej kąpieli i wstępnym czesaniu trochę się zmieniła...



Belcia to kolejny "schroniskowiec" w naszym domu,  pierwsza - Pusia - trafiła do nas jeszcze ze schroniska mieszczącego się na Polu Mokotowskim. 
W odróżnieniu od jej poprzedniczek musiała nie mieć złych doswiadczeń z ludźmi, bo kocha prawie (ale "prawie" robi pewną różnicę)  wszystkich.   Za to psy dzieli na trzy kategorie: wrogów, śmiertelnych wrogów i śmiertelnie śmiertelnych wrogów - do tej ostatniej zaliczamy wszystkie psie sąsiadki z naszej ulicy i okolic. Jest jeszcze jeden kolega - Kubuś, na którego tylko czasmi warczy, i który jej się trochę boi....
Dzisiaj już właściwie bez problemu udaje nam się przejść obok innych psów, nawet gdy to one rozpoczną awanturę, ale początki były baardzo trudne.  Konsekwentne działanie i nagrody za dobre zachowanie przyniosły jednak rezultaty.
Poza tym Belcia jest raczej karna, raczej nie narzucająca się i bardzo kochana.
Sporo czasu spędza w ogródku, w którym ubyło nam trochę kwiatów, bo  na ścieżkach przelotowych i wzdłuż płotu nie mają żadnych szans na przeżycie.




Uwielbia mieć dużo zabawek, nawet tych, w wersji szczątkowej. Obowiązkowo przynosi jedną z nich na powitanie i domownikom, i gościom. Każdą nową wypuszcza z pyska dopiero w chwili, gdy przestaje piszczeć....

Najważnijsze w zyciu naszego psą  są:  pora karmienia i  spacery.....

........więc być czujną, gdy Pani pojawia się w kuchni.
A to nasza ściezka spacerowa: 

A potem to już tylko  służba.......

 

.....pieszczoty i słdkie lenistwo.....





niedziela, 19 lutego 2012

Panna Maria Od Wierszy

Marysia -osoba o niezwykle artystycznej duszy - miała tego pecha, ze urodziła się z zespołem Downa.
Dzięki niezwykłej determinacji całej rodziny prowadzi niemal normalne życie: ma wielu znajomych,  tworzy, przez pewien czas mogła nawet pracować.
Znamy się od dawna - niemal w każde wakacje spotykamy się w Łopience, którą pokochała tak jak wielu, i gdzie zawsze dobrze sie czuje. Jej obecność tam zmieniła u wielu młodych ludzi i wyobrażenie, i  podejście do osób takich jak ona: potrafią z nią rozmawiać, doceniają niezwykłe poczucie humoru, traktują tak, jak każdego innego turystę w Bazie.
Jej twórczość plastczną znałam już, o wierszach tylko słyszałam - ile razy pytałam o zapiski w zeszytach, zawsze twierdziła, że wiersz jeszcze nie jest skończony.
Tworzony przez jej siostrę Zuzę blog poświęcony życiu i twórczości Marysi : http://www.pannamariaodwierszy.blox.pl/  , w ostatnim konkursie na Bloga Roku znalazł się w finałowej trójce nominowanych do nagrody w kategorii "blogi literackie". Dziewczyny nagrody jednak nie otrzymały, co Panna Maria odebrała jako swoją osobistą porażkę. Żeby trochę poprawić jej nastrój, postanowiłyśmy wybrać się na zimową sesję fotograficzną. Nie przewidziałyśmy tylko tego, że dzisiaj raczej trudno było te plany zrealizować. Ale dzięki pomocy Roberta udało nam sie zrobić kilka zdjęć w bardziej niż zewnętrzna przyjaznej atmosferze.....





piątek, 10 lutego 2012

zima nad morzem

Pierwszy raz zobaczyłam morze zimą dwa lata temu, przy okazji pobytu w Warblewie. Od tego momentu wiedziałam, że chcę tam o takiej porze wrócić....
Tym razem był to trzydniowy wypad do Gdańska. Jak na ostatnie Warszawskie doświadczenia, w Gdańsku miałam niemal letnią aurę - w pewnym momencie termometr w Sopocie przy  molo wskazywał nawet plus 1 stopień, ale minus 10 i silny wiatr tez mnie dopadły. Niestety, złą stroną takiej pogody były tylko chwilowe przebłyski słońca. Aparat co jakiś czas wariował, lepiej niż  ja wiedział- szczególnie wieczorem -  jakie zdjęcia mam robić, a jak mu sie nie podobały moje ustawienia - odmawiał współpracy. Ale coś tam wyszło...